Cross Country w Zelowie

Oto krótka relacja ze startów w zawodach cross-country w Zelowie. Był to mój pierwszy start w zawodach motorowych, chyba nawet pierwszy w ogóle.
Historia zaczęła się na wspólnym wyjeździe integracyjnym EA. Tam poznałem innych fascynatów jeżdżenia w terenie. Byli też ludzie z Kielc. Wszyscy byli pozytywnie nakręceni na organizację i startowanie w zawodach cross country. Polecili mi zawody w Zelowie, jako dobre miejsce na debiut. Tor miał być prosty i niewymagający. Zdecydowałem, że pojadę i zgłosiłem zapotrzebowanie na pakę :-).
Dzień zaczął się o 6 rano. Na 7 byłem umówiony z Pablem, który zabrał mnie i motor w drogę. Po drodze zabraliśmy Jima i jego rumaka i udaliśmy w kierunku miejsca spotkania z resztą ekipy na stacji benzynowej. Tam czekała Jadźka (Prezeska teamu), a za jakiś czas dojechał Robos. Z poranną głupawką ruszyliśmy meblowozem w kierunku Zelowa. W drodze dowiedziałem się o co chodzi w cross country. Półtorej godziny jeżdżenia trochę mnie przeraziło, nigdy nie jeździłem tyle w jednym kawałku czasu.
Miejscowość okazała się nawet spora i była zorganizowana w starym stylu, tj z prostokątnym rynkiem w centrum. Same zawody odbywały się parę kilometrów dalej, na opuszczonym poligonie. Drogowskazem był samochód rozjechany przez czołg. Notabene auto na niemieckich numerach. Zastane warunki były spartańskie, dla takiego mieszczucha jak ja. Dobrze, że była woda ze szlaucha. Na miejscu pojawił się Bruno, oraz zaprzyjaźnione ziomki z Łodzi. Konkurencja też leniwie zaczęła się zbierać.
Wspólne przejście trasy wykazało, znaczące różnice z poprzednim rokiem. Łatwy debiut stanął pod znakiem zapytania. Na szczęście pierwsze miały jechać trasą quady, co miało ją udrożnić (??) Potem były zapisy, kiełbaska i montaż chipa pomiarowego. Kaucja 200 zwiększyła staranność montażu.
W między czasie przyjechali bracia pokibicować mi, co mnie podniosło na duchu. Brat fotograf profesjonalista, miał zarejestrować ten event. A stresik zaczął działać zauważalnie. Dobrze, że był tojtoj
Biegu quadów nie obserwowałem. Wjechałem na tor na kółko zapoznawcze. W tej formule zawodów treningi na trasie są zabronione. Bieg zamiast ułatwić przejazd, ukazał tor w pełnej krasie. W skrócie błoto, czasem zmielone z sianem, momentami wykręcające nos, cuchnące jakąś bagnistą biomasą. No i te ciasne zakręty z koleinami. Nie wiem ile ich było, ale dużo. Była tylko jedna prosta, na której zapinałem bieg numer 3. Kółko zapoznawcze przeżyłem, to i resztę przeżyję pomyślałem
Na starcie było jakieś 30-40 zawodników. Samego startu za bardzo nie pamiętam. Kurz, błoto, huk, podmuchy z rozprutych wydechów czteropaków. Można to porównać tylko do pierwszej sceny “Szeregowca Ryana”. Dawno takiego szoku nie przeżyłem. Efektem było włączenie się trybu “przeżycia”. Wszystko czego się nauczyłem o pozycji i technice poszło w niepamięć. Tyłek na kanapie, nogi szeroko rozstawione, szukające podparcia w melasie. Jak określił kolega, jazda na “dostawcę pizzy”. Na efekty nie trzeba było długo czekać. Kurczowo zaciśnięte ręce spuchły. Coraz trudniej było manipulować sprzęgłem i gazem. Po kolejnej glebie w błocie, zacząłem się zastanawiać co ja tu k***rwa robię. Za taśmą, stoją ludzie, piją piwko, bawią się, jest miło, jest ciepło, jest sucho. A ja tu z błota podnoszę moto, usuwam błoto z gogli, w butach chlupie breja i na dodatek wszyscy mnie objeżdżają częstując ziemią spod kół. Miałem zjechać z trasy. Byłem zrezygnowany. Prezeska poradziła, abym zjechał do punktu serwisowego i tam odpoczął i się nie poddawał. Jakby powiedziała, że mam jechać w drugą stronę to bym pojechał, myślenia brakło. Przeczekałem tam z 20 minut w towarzystwie braci, się nawodniłem, odreagowałem i wróciłem na tor. Zrobiłem jeszcze dwa kółka. I tak minęło półtorej godziny pozbawienia dziewictwa.
Aby być klasyfikowanym, trzeba przejechać połowę tego co zwycięzca. Przejechałem 6 okrążeń, a zwycięzca 13. Zatem skończyłem wyścig poza klasyfikacją.
Dzień zakończył się na imprezie integracyjnej. Browarek, mięsiwo, dyskusje o technice jazdy, smutnej rzeczywistości polskiego sportu motorowego, o ludziach, którym się chce organizować imprezy etc,etc, etc. Zmęczeni poszliśmy spać na pace dostawczaka.
W niedzielę miałem mieszane uczucia co do startu. Z jednej strony byłem zmęczony dniem poprzednim, a z drugiej wiedziałem co mnie będzie czekać i co robiłem źle. Zawodników było mniej niż w sobotę. Było też kilku weteranów na ciężkich endurasach, co dawało szansę na niezdobycia ostatniego miejsca. Trasę odwodniono, została pominięta rozmięknięta hopka. I co najważniejsze jechało się w przeciwnym kierunku.Start już nie był zaskoczeniem. Zacząłem jechać swoim tempem, starając się wybierać swoje ścieżki. Tym razem zwracałem uwagę na elementy techniczne. Tyłek nad kanapą, noga zewnętrzna ma dociskać bak, łokieć w górę. Co najważniejsze, w końcu motocykl zaczął jechać na rezonansie :-). Było słychać cudowny dźwięk kręconego dwusuwa. Momentami udawało się polecieć po melasie, zamiast badać jej głębokość. Ręce zaczęły boleć. W głowie ukazał się głos Guru aka Dr.Housa aka Marka G. “odtenteguj się od kierownicy”, tak i też uczyniłem. Po części ze zmęczenia, po części z pewnego poczucia jedności z pojazdem. A okrążenia mijały. Były spektakularne gleby w wodzie przez kibicami. Cały czas dopingowali mnie Prezeska i Jim. Okrzyki “Ogień, Ogień” skandowane z zaskoczenia zachęcały do śmielszego odkręcania gazu. Mijałem kolesi co zatrzymywali się w krzakach aby odpocząć. Wyprzedzali mnie ci dobrzy i ci co lubili skróty. Się jechało i jechało. Coraz lepiej, coraz milej, coraz pewniej. aż czas minął. Wynikiem 13 okrążeń. Zwycięzca zrobił 18. Dojechałem 4 w kategorii “open”.
Zawody dały mi nieźle w kość. Zakwasy dziwnych, wcześniej nie uświadomionych mięśni przyszły dnia następnego. Jeżdżąc samotnie dookoła komina, nie pchał bym się w taki teren po jakim przyszło mi się ścigać. Konkurencja dobrze wpływa na przełamywanie kolejnych blokad w jeździe. Z drugiej strony widzę, ze opanowywanie techniki ma większe znaczenie niż przygotowanie kondycyjne. Bez techniki jazda przypomina walkę o przeżycie, która to strasznie wysysa energię. Na pewno nie będą to moje ostatnie zawody. Jak mówili towarzysze, jak się spróbuje, to się chce więcej. A tym czasem trzeba trenować zakręty, pozycję ataku etc, etc. Aha, jak się zastanawiasz czy warto wystartować w zawodach, choć nie umiesz jeździć, powiem tyle warto, bo się może okazać, że trochę umiesz
Materiały audio-video:




